DIY – chorągiewki

Zastanawiałam się ostatnio co zrobić z wycinkami materiałów, które zostają po przycięciu różnych wielkości kawałków. Wpadłam na to, że mogę sobie zrobić szybkie DIY w postaci dekoracyjnych chorągiewek. Mogą być dobrą opcją na garden party:

4

5

Albo fajną dekoracją pokoju dziecięcego (szkoda, że moje bratanice miały już urodziny):

DIY - HORĄGIEWKI

Przygotowanie jest banalnie proste.Chorągiewki nie muszą być wycięte z materiału, połowę moich wycięłam z papieru do pakowania we wzory, potem wystarczy dwie warstwy materiału/papieru skleić albo zszyć i gotowe. I mój szybki post DIY też gotowy.

3(1)

2(1)

1(1)

fot.1, 2, 3 – pinterest.com

Advertisements

Misz-masz: pomysły DIY, vlogi z Japonii, wydarzenia

Znowu nie bardzo udało mi się wrzucać czegoś regularnie, ale starym zwyczajem zbieram to, co mi ostatnio wpadło w oczy i wrzucam na raz. Na początek DIY – do przygotowania w najbliższym czasie:

1. Sznurkowe wazony (pomysł znaleziony na jagodowykot.pl) – robiłam ostatnio podobnego rodzaju świeczniki, ale zamiast sznurka użyłam maty bambusowej. Jednak te sznurkowe chyba bardziej mi odpowiadają więc już wiem czego będę szukać w OBI:

+jagodowykot.plp

2. Prosty pomysł na czarno-białą doniczkę (z fairy-in-the-house.blogspot.com) – nie wiem czy ta jest pomalowana farbą czy oklejona taśmą, ale wymyśliłam, że najprościej byłoby użyć do tego zwykłej czarnej taśmy izolacyjnej:

+fairyinthehouse

3. I na koniec coś co chodzi za mną od dłuższego czasu – słoiki ze zwierzęcymi pokrywkami – trochę kiczowato-śmieszne, ale chciałabym mieć właśnie taki śmieszno-ciekawy gadżet:).

+todayisblog

Teraz z innej beczki…Ostatnio jestem dość zaciekawiona różnymi fajnymi miejscami, i chyba najbardziej ciekawi mnie Japonia – z jednaj strony najnowocześniejsza technologia itp., z drugiej masa dziwnych zwyczajów i majtki w automatach. Dlatego wkręciłam się w oglądanie na YT TheUwagaPies czyli codziennych vlogów z Japonii robionych przez Amerykankę i Polaka, fajnie jest się przyjrzeć Japonii od “wewnątrz”:

A teraz jeszcze kilka ciekawych wydarzeń w okolicy, które też jakimś cudem rzuciły mi się w oczy w tym natłoku internetowych kup i kupek:

15.08 – Silesia Firework Festival – Katowice Muchowiec – czyli festiwal fajerwerków, jeeej

15.08 – …Który będzie miał konkurencję w postaci Magic Festivalu w Parku Śląskim. Na Magic Festivalu będzie Beach Party i inne atrakcje typu rozpadające się, zardzewiałe rollercoastery w wesołym miasteczku także fun, fun, fun.

20.08 – Katowice Nightskating

20 – 22.08 – Kraków Live Festival – kilku ciekawych wykonawców

21.08 – Jarmark Staroci – Katowice Rynek – nie wiem jak to nazwać, może to jest paradoks, że nie znoszę trzymać staroci w domu, ale lubię je oglądać poza domem? Więc z chęcią się tam wybiorę, żeby pooglądać i uspokoić się nadzieją, że ktoś pozbędzie się z przestrzeni życiowej nieużywanej rzeczy, żeby jakaś inna osoba, której ta rzecz jest niezbędnie potrzebna mogła ją nabyć. To ma sens – tak więc pozbywajmy się rzeczy, wymieniajmy się, bo  wiadomo – co jednemu przeszkadza, innemu będzie potrzebne, dlatego właśnie takie akcje mają sens.

28.08 – Beerfest, Park Śląski – czyli nasz ślunski Oktober Fest w Auguście, piwo i wuszt, zawsze spoko.

29.08 – Kato Nightskating po raz kolejny

30.08 – The Offspring na Czad Festivalu – tak napiszę to po raz kolejny bo to jest wydarzenie historyczne, ostatnio w Polsce był też Lenny Kravitz tak więc robi się światowo w tym naszym grajdołku:).

fot. 1, 2, 3

Step by step

Chyba pora na kolejny wpis. Ostatnio zarzuciłam książki Pawlikowskiej, chyba jestem zbyt rozproszona różnymi sprawami żeby się na nich skupiać. Ale podsumowując to, co P. pisze w swoich książkach doszłam do wniosku, że ci “agenci podświadomości” jak ona to nazywa, to nic innego jak nawyki. Jeśli coś się często powtarza, mózg w naturalny i odruchowy sposób zapisuje to właśnie w postaci nawyku.

I to “odkrycie” doprowadziło do prostego wniosku – żeby się pozbyć jakiegoś nawyku trzeba się stopniowo odzwyczajać i przyzwyczajać do nowego. Dlatego często “teraz, już, w tym momencie chcę coś zmienić!” nie działa.

Tak właściwie jest ze wszystkim i chyba tylko małymi krokami, ale skutecznie i do przodu można gdzieś dojść. Co się dzieje gdy codziennie odkładasz 5zł? Po roku masz prawie 2000 zł, możesz jechać na jakieś wakacje, a nie odkładając nic – wiadomo – jesteś w punkcie zerowym. O, właśnie obliczyłam ile ze mnie zdziera bank pobierając opłatę za kartę – cwane to, bo do małych kwot nie przywiązuje się większej wagi. I tak też jest z wieloma rzeczami – mamy skłonność myśleć, że jeśli coś jest małe i nie wiele teraz znaczy to nie warto tego robić, a mówi się, że “ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka”. Czy jakoś tak. Człowiek XXI wieku jednak jest przyzwyczajony do szybkich rozwiązań. Tu trzeba trochę poczekać. Dobrze jest tylko co jakiś czas obejrzeć swoje “ziarnka” i zobaczyć czy faktycznie ich przybywa, jeśli tak to jest ok. I nie mówię tu o pieniądzach, chociaż to też dobry sposób oszczędzania. Pozytywy procentują, negatywy niestety też.

Więc chociaż ostatnio miałam jakiś dziwny czas wkurzenia na wszystko i wszystkich, co mi się rzadko zdarza, wyrzuciłam to z siebie i nie mam zamiaru z tym nic już więcej robić. Chociaż w takich sytuacjach czasami ma się ochotę na rękoczyny!

Ale łatwo powstrzymuję się od ręko- i słowo-czynów bo sama nie mam ochoty żeby ktoś tego kiedyś wypróbował na mnie. I wiem dobrze, że jeśli odpowiada Ci miejsce w którym się znajdujesz (życiowo, myślowo, czy jak tam chcesz) to nie wkurzasz się na innych bo po prostu ci szkoda na to czasu i energii, poza tym jest ci to wewnętrznie w ogóle nie potrzebne. Lepiej iść w tym kierunku, więc jak już pisałam, ziarnko do ziarnka – a coś się uzbiera, małymi krokami też się gdzieś dojdzie. I korzystając z tej analogii, być może małe kroki są lepsze, bo wszyscy którzy biegli, albo stawiali kroki ponad swoje możliwości szybciej dotarli do “mety”, ale leżą tam i kwiczą wykończeni, zastanawiając się czy było warto się tak naginać, nawet nie jest tak fajnie jak miało być. A ty sobie idziesz, w końcu docierasz, niczego wielkiego nie oczekiwałaś/eś więc nie ma wielkiego rozczarowania, masz jeszcze siłę na więcej i tak dalej.

Długo się idzie, ale finalnie jest jakoś lepiej, niektórzy mówią, że w życiu chodzi o podróż nie o cel tej podróży, bo co się tu oszukiwać zmierzamy w tym samym kierunku, a na końcu się po prostu kończymy. Dlatego chyba wymyślono takie rzeczy jak niebo czy powtórne wcielenia – żebyśmy mogli wierzyć, że to ma jakiś sens, albo przynajmniej, że się nie kończy. Obydwa te pomysły mają moim zdaniem sporo sensu, dlatego też, czy w to wierzysz czy nie warto myśleć o przyszłych pokoleniach, bo tego możemy być pewni, jakieś będą i dobrze by było żeby miały lepiej. Żeby świat szedł do przodu. Tu mam ochotę zahaczyć o wybory prezydenckie, bo to jest szansa na zmianę czegoś na swoim podwórku, ale dziś już sobie podaruję:P. Poza tym jestem bardzo niezdecydowana więc muszę poczytać, pogadać i pomyśleć. Może coś z tego wyjdzie!

Przemyślenie rzeka

Więc ten tego, to chyba już nie będzie blog DIY w pierwotnym znaczeniu tego słowa. Mam ostatnio jakoś za dużo przemyśleń żeby się nimi nie podzielić. Ostatnio wpadła mi w ręce książka Beaty Pawlikowskiej, a właściwie dwie książki – “Księga kodów podświadomości” i “Kurs Szczęścia”. I po przeczytaniu pierwszej, co rekordowo zajęło mi jeden dzień, miałam maaaasę przemyśleń, wniosków, wkurzeń i oświeceń, oświecenie nadeszło na koniec. Na szczęście. W “Księdze kodów” Pawlikowska pisze o tym (w dużym skrócie), że w życiu w gigantycznej mierze jesteśmy sterowani naszymi podświadomymi pragnieniami lub przekonaniami, które czasami “kłócą” się z naszymi świadomymi wyborami, jednak te podświadome (które ostatecznie sprawiają, że robimy coś co przynosi nam więcej niekorzystnych efektów niż korzystnych) są tak zakamuflowane, że wydają nam się jedyną możliwą opcją. Nie pierwszy raz o tym czytam, już miałam na ten temat milion przemyśleń i mogę powiedzieć, że wiem z doświadczenia, że to prawda (przynajmniej dla mnie). Nawet zidentyfikowałam swoich “dywersantów” jak ich nazywa Pawlikowska, ale cały czas najbardziej zastanawiało mnie, szczególnie ostatnio, co zrobić, żeby już nie powtarzać pewnych schematów.  I tym razem, zwłaszcza po przeczytaniu “Kursu Szczęścia” i po wysłuchaniu jeszcze jednego Pana Myśliciela z YT mogę powiedzieć, że się dowiedziałam JAK. I wiem też, że to nie będzie super proste i super szybkie, ale być może tym lepiej, powolne zmiany zazwyczaj są trwalsze, a ta zmiana ma być życiowo-trwała. I co najlepsze wiele z tych rzeczy pokrywa się z moimi “wynalazkami” o których pisałam w poprzednim poście.

Wydaje mi się, że każdy ma taki obszar lub obszary w życiu w którym mu coś po prostu ewidentnie nie wychodzi, czasami nie wiadomo dlaczego, czasami obwiniamy innych. A tym wszystkim sterują właśnie nasze podświadome przekonania/pragnienia, czyli w rzeczywistości my sami.

Przykład. Obleciany i prosty: chcesz schudnąć. Masz motywację, kilka razy już próbowałaś, ale z marnymi skutkami, tym razem nie, tym razem się uda, jesteś zdeterminowana, stosujesz dietę, ćwiczysz, wszystko idzie super, chudniesz, ludzie to zauważają, jest super fajnie, motywacja ciągle wielka, a potem nagle chwila słabości i koniec, nie chcesz tego, ale wracasz do starych nawyków,  tak jakoś cię przekonało to ciastko, trochę słodyczy, wracasz do punktu wyjścia twierdząc, ze w sumie od początku wiedziałaś, że to się może nie udać, w końcu jeszcze nigdy Ci się nie udało, to jest za trudne, ty nie masz siły, trudno.

A wg Pawlikowskiej mechanizm jest taki, że te kilka prób z przeszłości wyryło się w twojej głowie dając ci jedyny możliwy obraz i jedyne możliwe zakończenie: nie dam rady. I ta chwila słabości pozwoliła temu staremu mechanizmowi dojść do głosu – a ten mechanizm charakteryzuje się tym, że MUSI cały czas szukać potwierdzenia.

I wg Pawlikowskiej są plusy i minusy tych podświadomych mechanizmów – plusy są takie, że kieruje procesami życiowymi, nie musimy się zastanawiać jak coś przełknąć, jak oddychać lub odskakujemy gdy się sparzymy. Ale minusy są takie, że podświadomość od dzieciństwa się uczy i zapisuje w zero jedynkowy sposób to, co wiemy o świecie, tworzy zbiór solidnych przekonań na podstawie naszych doświadczeń, a raczej wniosków (często błędnych) z nich wyciągniętych. Każdy człowiek potrzebuje miłości, poczucia bezpieczeństwa itp. i jeśli jako dziecko nauczysz się, że gdy jesteś niegrzeczny/a to rodzice dopiero wtedy zwracają na ciebie uwagę (co jest formą miłości) to żeby zyskać ich uwagę i poczuć się kochanym (co jest ci niezbędne) będziesz ciągle robił głupie rzeczy. To z kolei przenosi się na dorosłe życie i (w dużym uproszczeniu) robisz głupie, destrukcyjne lub szkodliwe dla siebie rzeczy, żeby ktoś cię zauważył i by w efekcie czuć się dobrze (wg tego schematu). Ale nie będziesz świadomy tego, że coś każe ci to robić, po prostu będziesz myślał, że jest ci to potrzebne i będziesz zdziwiony, ze cały czas coś jest nie tak, pakujesz się w negatywne sytuacje. Cała idea “Kodów” to zauważyć kody sterujące nami i powoli starać się je zastępować nowymi – pozytywnymi.

To było spore uproszczenie. Takimi tematami zaczęłam się interesować gdzieś tak pod koniec liceum więc fakt, że wynosimy z dzieciństwa system wartości i przekonań w duużej mierze przekazany nam przez rodziców i otoczenie, nie był dla mnie niczym nowym. To, że pewne schematy się powtarzają i muszę z nimi ciągle walczyć też nie. Czekałam tylko na ROZWIĄZANIE tego problemu. CO zrobić, żeby już nie było tak, że robię coś w dobrej intencji, tzn. intencji pozytywnego wyniku, a wychodzi coś TOTALNIE odwrotnego. Kto tym steruje, jakie podświadome przekonania i jak się ich pozbyć? Dotarłam do końca książki i stwierdziłam, że nie podano mi żadnego rozwiązania, nic się nie dowiedziałam nowego itp. mimo, ze na początku była mowa o tym, że się dowiem.

W książce Pawlikowska kilka razy zaznaczała, że czytelnik może się nie zgadzać z przekazem książki,bo podświadomość właśnie tak działa: 1. boi się wszystkiego, co nowe i nieznane (czyli w tym wypadku zmiany na lepsze), 2. wypiera to teoretycznie bardzo sensownymi argumentami by bronić tej gorszej wersji rzeczywistości, która została w niej zaszczepiona dawno temu – po przeczytaniu tego przytakiwałam kilka razy i dalej uważałam, że nie otrzymałam nawet pół wskazówki jak to pokonać/oswoić.

I nagle doznałam olśnienia – czy właśnie w ten sposób moja podświadomość nie wyparła istotnych informacji? Twierdząc, ze ich nie ma, czytałam, widziałam, nie ma. Pomyślałam trochę i okazało się, że były. Niespodzianka. Ale moje wewnętrzne przekonanie, ze na niektóre pytania nie ma odpowiedzi było silniejsze i nie pozwoliło mi ich (początkowo) zauważyć. Rozwiązanie było proste – Pawlikowska twierdzi, że człowiekowi do życia potrzebne są 4 rzeczy: miłość, poczucie bezpieczeństwa, poczucie bycia ważnym i poczucie bycia wartościowym – i nasza podświadomość będzie nami sterowała tak aż je (w bardziej lub mniej skomplikowany sposób) osiągnie. Niektórzy mogą stwierdzić, ze im te 4 rzeczy wcale nie są potrzebne, ale prawda jest taka, że jeśli ktoś czuje, że musi być we wszystkim najlepszy, odnosić sukcesy to nie na sukcesach mu najbardziej zależy tylko na uzyskaniu poczucia bycia ważnym i wartościowym. Jeśli ktoś nałogowo pije, to najcześciej dlatego że picie pozwala mu zyskać poczucie bezpieczeństwa (nie myśli o problemach, zagrożeniach) itp. itd. To jest proste i zawiłe jednocześnie.

A rozwiązaniem wg autorki jest dostarczenie sobie tych czterech niezbędnych rzeczy inną drogą niż przez np. picie lub uczestnictwo w wyścigu szczurów. I o tym jak ich dostarczyć mówi następna książka “Kurs szczęścia”. Na to właśnie czekałam. Zidentyfikowałam swoje fałszywe przekonania już jakiś czas temu, teraz tylko chciałam wiedzieć jak się ich pozbyć lub je “ugłaskać”.

Moim bardzo nieprzyjemnym przekonaniem albo hasłem, które wyniosłam z dzieciństwa było “uważaj, bo…” najczęściej słyszałam takie rzeczy oczywiście wtedy gdy najlepiej się bawiłam, skakałam, biegałam – dla dziecka trochę niebezpieczne rzeczy i rodzice chcąc mnie ustrzec przed potknięciami, połamanymi rękami i nogami mówili “uważaj, bo: coś się stanie, zrobisz sobie coś, ktoś ci coś zrobi, będzie bolało, będzie źle” itp. itd. Z tego wszystkiego w podświadomości został zakodowany taki wniosek: dobrze się bawię, dobrze się czuję – muszę uważać na niebezpieczeństwo – zaraz się coś złego stanie.

I jest teraz tak, że może nie często dzieje się coś złego gdy się dobrze bawię i dobrze czuję, ale gdy mi na czymś zależy to strach, który czuję przez to, że czuję się dobrze (bo to czucie się dobrze jest już połączone u mnie automatycznie z jakimś strachem), więc ten strach powoduje, że robię rzeczy, których nie chcę robić – tylko po to, żeby kod został potwierdzony. Ostatecznie to właśnie strach stał się tym “czymś złym” i miesza mi w życiu dość często. Wszystko co wydaje mi się dla mnie bardzo pozytywne jest połączone u mnie ze strachem, a strach, wiadomo, sprawia, że człowiek panikuje i nie zachowuje się racjonalnie. Bo jeśli jest strach to trzeba coś zrobić żeby się poczuć dobrze i bezpiecznie, a ja zawsze czułam się bezpiecznie gdy zagrożenie mijało, ale żeby minęło i żebym mogła czuć się dobrze, to jeśli go nawet nie było najpierw musiałam to zagrożenie STWORZYĆ. Masakra. Gdy to sobie uświadomiłam zrozumiałam wiele. Tylko teraz chciałam się dowiedzieć co na to poradzić. Pani Pawlikowska przyszła z pomocą twierdząc, że skoro umysł szuka poczucia bezpieczeństwa to trzeba mu je dostarczyć, po prostu powtarzając, w wręcz wbijając sobie codziennie do głowy, że jest się “bezpiecznym, kochanym, ważnym” czy co komu do szczęścia potrzebne. Tylko haczyk jest taki, że to jest żmudna, codzienna praca, powtarzanie tego, nawet gdy okoliczności wskazują na coś innego. Aż w końcu nowe, wartościowe przekonania wyryją się nam w podświadomości.

I za każdym razem kiedy to przekonanie chce się w jakiś sposób zamanifestować – trzeba rozpoznać schemat i spokojnie iść drogą, którą ŚWIADOMIE dla siebie wybieramy. Przekonanie pod tytułem “nie potrafię schudnąć” w podanym przykładzie szukało potwierdzenia wysyłając mózgowi informację, że MUSI zjeść to ciastko, a potem następne… i trochę czekolady, i lody i w ogóle, dobre to wszystko. Jedząc ciastko podświadome przekonanie dostało potwierdzenie swojej “prawdziwości” i zostało wzmocnione po raz kolejny. To był przykład bardzo praktyczny, ale ja nie szukałam tych odpowiedzi po to żeby się odchudzać tylko po to żeby wiecznie nie podkładać sobie kłód pod nogi. Wiadomo, że nie robiłam tego świadomie, ale jeśli ktoś ma wyryte w głowie, w podświadomości, że wszystko jest fajnie a potem i tak się coś z mojej przypadkowej winy, albo w ogóle nie wiadomo dlaczego spieprzy to nawet gdybym nie miała takich intencji to przypuszczalnie podejmuję złe decyzje po to żeby stare przekonania mogły się potwierdzić.

Najważniejsze jest to, że zawsze, w każdym momencie można przejść na tą pozytywną stronę, nawet wtedy kiedy jest się całkowicie przekonanym, że to nie jest lub już nie będzie możliwe.

Więcej o przechodzeniu na ‘jasną stronę mocy’ w “Kursie szczęścia” – nie będę go teraz streszczać, o dwóch najważniejszych zasadach już napisałam. Przypuszczam, że jeśli ktoś nie może odnieść tego, co napisałam do własnych doświadczeń to nie bardzo będzie wiedział o co chodzi i wydaje mi się, że jeśli ktoś jest zadowolony z tego jak mu się żyje to właściwie nie ma po co sięgać po jedną i drugą książkę. One są raczej dla tych, którzy widzą, że coś na jakimś polu nie gra i to się notorycznie powtarza. No i oczywiście (to najważniejsze) dla tych, którzy faktycznie chcą to zmienić.

Ja ze swojego 27-letniego punktu widzenia mogę z całą pewnością powiedzieć, że działam “schematycznie” i mimo, że mam kilka takich meeega pozytywnych schematów wyrytych w podświadomości to wiem, że jest też kilka negatywnych, które trzymają mnie ciągle w tym samym miejscu. Całe to przełamywanie schematów ma bardzo dużo wspólnego z popularnym ostatnio wychodzeniem ze swojej strefy komfortu – tyle tylko, że tym razem wychodzi się totalnie świadomie z konkretnymi skutkami tego wyjścia. O “Kursie Szczęścia” chyba tu jeszcze napiszę jak sobie wszystko poskładam do kupy w głowie.

Dłuuugi wpis. Ale ze statystyk wynika, że czasem ktoś tu zagląda i jeśli wiem, że to idzie w świat to niech idzie, dobry wgląd w siebie nie jest zły, szczególnie wtedy kiedy pomaga:).

Życiowo

Nowy post, chyba powoli się rozkręcam. Mam ochotę dzisiaj napisać o wszystkim do czego doszłam przez ostatnie miesiące, bo jak już wspominałam to był niestety czas przemyśleń i analiz. To nie są odkrywcze rzeczy, bo o wszystkim gdzieś, kiedyś mi się zdarzyło już przeczytać, ale tym razem poznałam to w praktyce. Zastanawiam się co z tego wszystkiego jest najważniejszym odkryciem – i to chyba będzie życie w tu i teraz. To jest właściwie tak wyświechtane hasło, że głupio mi, że to tu piszę, a jeszcze mi głupiej, że doszłam do tego dopiero teraz, kiedy już musiałam to zastosować w praktyce. Mam tendencję albo do zbyt konkretnego planowania, albo do rozpamiętywania fajnych wydarzeń, raczej nieczęsto jestem tu i teraz, gdy coś robię – robię to szybko, żeby szybciej dojść do jakiegoś “potem”, które to niby miałoby być dla mnie lepsze (chociażby dlatego, że zrobiłam już to, co miałam zrobić i mogę w końcu odpocząć). Ale w końcu odpoczywam i po jakimś czasie zaczyna mi się nudzić i całe to piękne “potem” wcale nie jest takie piękne. No i gdy w końcu do tego doszłam, zaczęłam się bardziej skupiać na tym co robię TERAZ i ponieważ nie spieszę się, żeby skończyć z różnymi zadaniami, zaczyna mi to sprawiać przyjemność, taką niecelową, poboczną, ale mam wrażenie, że większą niż te wszystkie “zaplanowane”. No bo czy przyjemność można zaplanować? Kiedyś myślałam, że można, że jak zrobię to czy tamto to doprowadzi mnie to do takiego czy innego pozytywnego wyniku i pyk, będę się czuć dobrze. A nie zawsze, a nawet rzadko tak jest. Zazwyczaj takie myślenie prowadziło do katastrofy w postaci rozczarowania. Z kolei, gdy nie planowałam, nie myślałam o tym jak będzie, nic specjalnego w żadnym kierunku nie robiłam, nagle doznawałam szoku, że coś co z początku nie wydawało się specjalnie fajne, właśnie takie było.

No i tu dochodzę do kolejnego wniosku. Nigdy nie mów nigdy, kolejna oczywista oczywistość, ale nie tak oczywista jak by się mogło wydawać. Nigdy nie wiadomo na 100% (a nawet na 50) jak będzie. W ciągu ostatnich miesięcy miałam momenty w których wydawało mi się, że już nigdy się nie poczuję dobrze, a potem zupełnie nie wiadomo dlaczego czułam się ok. Nie mówiąc już o tym, że często zdarza mi się powiedzieć, że czegoś NA PEWNO nie zrobię, a potem to robię, bo po kilku tygodniach, miesiącach totalnie zmieniam zdanie. Okoliczności się zmieniają, nasze myślenie się zmienia, wszystko się zmienia i to właściwie jest wielki plus. Jeśli ktoś tak jak ja ma tendencję do tego, żeby mówić “nie no, to już nie ma szans”, albo “teraz pewnie będzie tak i tak” – niech się naprawdę dobrze zastanowi.

Poza tym, często czekamy na to, że ktoś albo coś sprawi, że będziemy się czuć dobrze, a to w dużej, przeważającej mierze zależy od nas, to jest duża odpowiedzialność, którą każdy chyba musi prędzej czy później podjąć. Kiedyś tu już pisałam, że życie zależy od decyzji, nawet decyzji pod tytułem “skupiam się na pozytywach i olewam stresy”, czyli takiej jaką ja podjęłam. Nie jest to trudne bo przecież każdy chce się czuć dobrze i wszystko co robimy ostatecznie się do tego sprowadza, ale to bywa trudne, kiedy zakręcimy się w jakiś negatywach, każdy chyba zna to uczucie. Ja głównie olewam moją tendencję do nadgorliwości – co ma być to będzie, jak będę mogła coś zrobić i będę się z tym dobrze czuła to to zrobię, a jeśli nie to nie. Nic na siłę, bo wychodzą z tego nieprzewidziane, nieprawdopodobne kwasy, po co komu kwasy? Też nie wiem.

Chciałam o tym napisać, bo chyba dobrze jest takie odkrycia puszczać w świat i chociaż wcześniej już o tym wszystkim czytałam to dopiero teraz dotarło to do mnie w sensie maksymalnie praktycznym. No i właśnie, następny wniosek: wszystko w swoim czasie. Czasami coś się nie dzieje wtedy kiedy chcielibyśmy żeby się działo, bo to nie jest na to odpowiednia pora. Z jakichś powodów. Teraz nie przychodzi mi do głowy żaden przykład, ale wiem, że tak jest.

No i na koniec ostatnie bardzo ważne odkrycie – nie myśleć za dużo – po pierwsze, po to, żeby nie nakręcać negatywnych myśli, a po drugie po to, żeby nie nakręcać zbyt pozytywnych (bo grożą sporym rozczarowaniem). To ściągnęłam od buddyjskich mnichów, którzy przecież dążą do osiągnięcia nirwany czyli, o ile dobrze to rozumiem, stanu w którym są wolni od myśli, a przez to wolni od cierpienia – gdy się dobrze zastanowić, to myśli powodują cierpienie – nie sytuacje, tylko to jak do nich podejdziemy, jak o nich pomyślimy, jak je ocenimy i ostatecznie jak ta ocena wpłynie na naszą psychikę. No i dlatego warto sobie od czasu do czasu “pomedytować” – biorę to w cudzysłów, bo nie chodzi mi o siedzenie po turecku i wydawanie z siebie różnych ciekawych dźwięków typu “ooommm” – tylko o wyłącznie myśli…hmm.. jak to teraz nazwać – oceniających, analizujących i wydających jakiś osąd, ocenę na podstawie jakiegoś faktu. Na przykład: coś prostego i codziennego typu brzydka pogoda (fakt) – i tego co ona w nas powoduje często: “ch… pogoda, teraz będę się źle czuła, bo jest brzydko i zimno, muszę iść tam i tam, będę w deszczu łazić, zmarznę, będę chora, będę chora w weekend więc nigdzie nie wyjdę, czyli będę siedzieć cały tydzień w domu w tą kijową pogodę” (osąd). Przesadzony przykład, ale dokładnie tak to wygląda w wielu sprawach, tylko nie jesteśmy nawet tych myśli do końca świadomi, bo przemykają bardzo szybko i zostawiają w nas tylko efekt w postaci złego samopoczucia. Rada jest jedna: zauważyć (zła pogoda) i olać. Zająć się czymś, zatopić się w tym. Olać oceniające myśli, od razu przejść do czegoś innego, odwrócić swoją uwagę.

Z drugiej strony, czy nie jest tak, że to kobiety mają większą tendencję do nadinterpretacji wszystkiego i nakręcaniu tej nadinterpretacji? I właśnie dlatego faceci nie potrafią zrozumieć dlaczego kobiety tak często mają tzw. “focha”, a to jest bardzo  proste (my to wiemy). Chodzi tu o (nad)interpretację faktów – ona wkurza się na niego bo jakiś fakt nadinterpretowała – czyli po prostu źle zinterpretowała i nakręciła do granic możliwości (mamy te zdolności) – a on nie ma pojęcia za co i ostatecznie się rozstają bo jego wkurzają jej ciągłe pretensje. Przykład znowu bardzo przesadzony, ale tak to często działa. Oni nie są winni naszych nadinterpretacji, a my tego, że mamy tak zaprogramowane mózgi. I tu kolejna ważna sprawa – dialog, zawsze i wszędzie, z każdym, jestem zdecydowanie zwolenniczką pokojowych rozwiązań.

Ostatnio mam wrażenie, że z wiekiem wcale nie jesteśmy mądrzejsi, tylko głupsi. Rodzimy się naturalnie wykorzystując te “zasady”, o których napisałam – a potem je gubimy, żeby znowu do nich dojść w trudniejszy sposób. Wow, genialnie mądry człowiek XXI wieku. Plus jest taki, że w ogóle ktoś już do tego wszystkiego dotarł i można zaobserwować coś w rodzaju małego “przebudzenia”, ludzie stawiają już nie tylko na rozwój zewnętrzny, ale też wewnętrzny. I mam wrażenie, że to nam będzie coraz bardziej potrzebne, bo nasze psychiki chyba nie do końca są dostosowane do prędkości zmian. Najgorsze jest to, że jest tak dobrze – głupio to brzmi, ale chodzi mi o to, że ludzie od jakiegoś czasu są nastawieni na to żeby czuć się dobrze (i nie oszukujmy się, w epoce wojen, stanów wojennych i w innych średniowieczach tak nie było, a było to całkiem nie dawno) i nie ma w tym nic złego, oprócz tego, że szukają tego dobrego samopoczucia poza sobą. Czyli w jedzeniu, piciu, sławie i innych odpałach – nie mam nic przeciwko, też lubię, ale bywa tak, że odpał się kończy i nie ma bodźców, które by powodowały dobry nastrój, albo nawet są, ale już tak nie działają. Dlatego wydaje mi się, że ważne jest wypracowanie w sobie dobrego samopoczucia bez odpałów i fundowanie sobie ekscytacji raz na jakiś czas, dla odmiany. Ostatecznie ludzie szukają szczęścia i radości gdzieś tam poza sobą, a mam wrażenie, że trudno ją będzie znaleźć jeśli nie znajdzie się tego najpierw w sobie. Ja swoje dobre samopoczucie znajduję w spokoju, tzn. staram się, nie jest to super, hiper proste niestety. Ale praktyka czyni mistrza (wiadomo:). I chyba każdy takie coś w sobie ma, chociaż może mu się wydawać, wręcz może być przekonany, że jest odwrotnie.

Zima – off, Wiosna – on.

To była najdłuższa zima w moim życiu. Właściwie jeszcze się nie skończyła, ale ta wewnętrzna zima powoli odpuszcza. Przestałam tu cokolwiek dodawać bo, jak pisałam w ostatnim poście, to był ciężki okres. Ostatecznie Dziadek postanowił się przenieść do innego świata i chociaż myślałam, że sobie z tą informacją jakoś poradziłam, to trochę różnych zdarzeń spowodowało, że nie było to wszystko takie proste, a wręcz było trudne, ponure i ciężkie. Dlatego zima. Myślałam, że się nie skończy. Ale jakoś poszło. W pewnym momencie nałożyło się trochę negatywnych lub stresujących zdarzeń i chociaż bardzo chciałam jakoś szybko wrócić do normalności to średnio mi się to udawało i po pewnym czasie byłam już totalnie zmęczona, wykończona właściwie. Ostatecznie zdecydowałam, że na jakiś czas muszę się odciąć od negatywnych sytuacji czy ludzi. Nigdzie się nie zaszywałam, wręcz przeciwnie, po prostu odpuściłam na paru płaszczyznach i to była dobra decyzja, tylko spokój nas może uratować. Teraz mam ogromną ochotę sprawiania sobie różnych przyjemności. Kiedyś miałam tendencję, chociaż chyba ciągle trochę mam, do odkładania rzeczy na później, totalnego planowania, przewidywania, analizowania, a teraz – po różnych przemyśleniach do których skłoniły mnie ostatnie wydarzenia – odpuściłam to wszystko. Myślenie też nie jest dobrym pomysłem. Lubię analizować, ale co za dużo to nie zdrowo, tak właściwie to im mniej wiem tym lepiej śpię, a nawet nie chodzi o wiedzę tylko o nadinterpretację faktów i martwienie się swoją nadinterpretacją. Głupie, nie? A przecież wszyscy tak robimy. Okazuje się, że najlepiej się skupić na tym co się ma przed sobą – do zrobienia, do pomyślenia w teraźniejszości. Takie wnioski wyniosłam z tych wszystkich sytuacji. I postanowiłam o tym napisać, bo zachciało mi się znowu coś wrzucić, zrobić jakieś DIY itp. 🙂 Na razie niech to będzie wpis wprowadzający, zobaczymy czy i kiedy uda mi się coś nowego dodać, jak na razie mam przed sobą egzamin z 16 przedmiotów, który też trochę olewam (co mi się zdarza pierwszy raz w życiu :D). Jakaś jestem ostatnio olewcza i jest mi z tym dobrze. Mama stwierdziła, że szkoda mojego zdrowia na negatywy i chyba ma rację. Szkoda czyjegokolwiek zdrowia na negatywy więc witam ponownie, pozdrawiam, pozytywujmy się.

Taki jakby powrót

Nie opuściłam jeszcze tego bloga, ale prawda jest taka, że nie potrafię zorganizować sobie czasu na jakiś wpis. Albo nie. Czas potrafię sobie zorganizować, ale brak mi weny do pisania. A jest o czym pisać. Niech to dzisiaj będzie strumień świadomości  bo nie chce mi się za bardzo tego tekstu poprawiać. Ostatni wpis -19.08 – 2 miesiące. Przez 2 miesiące zdarzyło się tyle rzeczy, że mam wrażenie, że minęło znacznie więcej czasu. Niestety nie były to rzeczy przyjemne więc to był chyba jeden z powodów dla których nic tu nie wrzucałam. Nie lubię potem czytać takich smętów. Kiedyś prowadziłam prawdziwe, kartkowe pamiętniki (to było bardzo dawno temu) i zazwyczaj pisałam wtedy kiedy się nudziłam, albo kiedy działo się coś beznadziejnego i potem czytając to miałam wrażenie, że byłam wiecznie znudzona i niezadowolona, miłe momenty mi gdzieś pouciekały, więc teraz chciałam tego uniknąć. Nie mówię, że teraz jest jakoś super dobrze, ale okazuje się, że jak jest stabilnie to już jest dobrze i tego się trzymajmy. Ale jak już pisałam, nie chcę tu potem wejść i się załamać więc trzeba docenić te pozytywy, które przez te miesiące też miały miejsce.

Największym pozytywem był mega spontaniczny wyjazd w góry. Stwierdziłam, że w tym roku nie byłam w górach i nie mogę tego przeżyć, pogoda była jeszcze super (kolejny wielki pozytyw tej jesieni) więc rzuciłam propozycją, która nie została totalnie odrzucona tak jak się spodziewałam więc to był kolejny plus! Teraz mi się marzy zima w górach i po raz chyba 10 chciałabym jechać w góry na czymś pojeździć. Powtarzam to od tych 10 lat, już się to wszystkim zaczęło nudzić, ale tym razem jest mobilizacja, moja wewnętrzna, chociaż nie wiadomo czy coś z tego wyjdzie to jest jedyna rzecz, jakiej jestem obecnie pewna :D. Aha, a za 3 tyg. idę na studia. Ale fajnie. Na kierunku i uczelni, z którymi nikt normalny by mnie nigdy nie łączył, ale uważam, że to mój najlepszy wybór od lat, ale jak będzie przekonam się za kilka tyg.

Chyba tyle tych przemyśleń na dziś. Muszę sobie jeszcze przypomnieć co ciekawego się działo w ciągu tych miesięcy.

Noo, ale przydałoby się tu wrzucić w końcu jakieś DIY. Więc pod spodem pomysły, które ostatnio rzuciły mi się w oczy.

sunglasses-case

cork-mouse-padsarahhearts