Życiowo

Nowy post, chyba powoli się rozkręcam. Mam ochotę dzisiaj napisać o wszystkim do czego doszłam przez ostatnie miesiące, bo jak już wspominałam to był niestety czas przemyśleń i analiz. To nie są odkrywcze rzeczy, bo o wszystkim gdzieś, kiedyś mi się zdarzyło już przeczytać, ale tym razem poznałam to w praktyce. Zastanawiam się co z tego wszystkiego jest najważniejszym odkryciem – i to chyba będzie życie w tu i teraz. To jest właściwie tak wyświechtane hasło, że głupio mi, że to tu piszę, a jeszcze mi głupiej, że doszłam do tego dopiero teraz, kiedy już musiałam to zastosować w praktyce. Mam tendencję albo do zbyt konkretnego planowania, albo do rozpamiętywania fajnych wydarzeń, raczej nieczęsto jestem tu i teraz, gdy coś robię – robię to szybko, żeby szybciej dojść do jakiegoś “potem”, które to niby miałoby być dla mnie lepsze (chociażby dlatego, że zrobiłam już to, co miałam zrobić i mogę w końcu odpocząć). Ale w końcu odpoczywam i po jakimś czasie zaczyna mi się nudzić i całe to piękne “potem” wcale nie jest takie piękne. No i gdy w końcu do tego doszłam, zaczęłam się bardziej skupiać na tym co robię TERAZ i ponieważ nie spieszę się, żeby skończyć z różnymi zadaniami, zaczyna mi to sprawiać przyjemność, taką niecelową, poboczną, ale mam wrażenie, że większą niż te wszystkie “zaplanowane”. No bo czy przyjemność można zaplanować? Kiedyś myślałam, że można, że jak zrobię to czy tamto to doprowadzi mnie to do takiego czy innego pozytywnego wyniku i pyk, będę się czuć dobrze. A nie zawsze, a nawet rzadko tak jest. Zazwyczaj takie myślenie prowadziło do katastrofy w postaci rozczarowania. Z kolei, gdy nie planowałam, nie myślałam o tym jak będzie, nic specjalnego w żadnym kierunku nie robiłam, nagle doznawałam szoku, że coś co z początku nie wydawało się specjalnie fajne, właśnie takie było.

No i tu dochodzę do kolejnego wniosku. Nigdy nie mów nigdy, kolejna oczywista oczywistość, ale nie tak oczywista jak by się mogło wydawać. Nigdy nie wiadomo na 100% (a nawet na 50) jak będzie. W ciągu ostatnich miesięcy miałam momenty w których wydawało mi się, że już nigdy się nie poczuję dobrze, a potem zupełnie nie wiadomo dlaczego czułam się ok. Nie mówiąc już o tym, że często zdarza mi się powiedzieć, że czegoś NA PEWNO nie zrobię, a potem to robię, bo po kilku tygodniach, miesiącach totalnie zmieniam zdanie. Okoliczności się zmieniają, nasze myślenie się zmienia, wszystko się zmienia i to właściwie jest wielki plus. Jeśli ktoś tak jak ja ma tendencję do tego, żeby mówić “nie no, to już nie ma szans”, albo “teraz pewnie będzie tak i tak” – niech się naprawdę dobrze zastanowi.

Poza tym, często czekamy na to, że ktoś albo coś sprawi, że będziemy się czuć dobrze, a to w dużej, przeważającej mierze zależy od nas, to jest duża odpowiedzialność, którą każdy chyba musi prędzej czy później podjąć. Kiedyś tu już pisałam, że życie zależy od decyzji, nawet decyzji pod tytułem “skupiam się na pozytywach i olewam stresy”, czyli takiej jaką ja podjęłam. Nie jest to trudne bo przecież każdy chce się czuć dobrze i wszystko co robimy ostatecznie się do tego sprowadza, ale to bywa trudne, kiedy zakręcimy się w jakiś negatywach, każdy chyba zna to uczucie. Ja głównie olewam moją tendencję do nadgorliwości – co ma być to będzie, jak będę mogła coś zrobić i będę się z tym dobrze czuła to to zrobię, a jeśli nie to nie. Nic na siłę, bo wychodzą z tego nieprzewidziane, nieprawdopodobne kwasy, po co komu kwasy? Też nie wiem.

Chciałam o tym napisać, bo chyba dobrze jest takie odkrycia puszczać w świat i chociaż wcześniej już o tym wszystkim czytałam to dopiero teraz dotarło to do mnie w sensie maksymalnie praktycznym. No i właśnie, następny wniosek: wszystko w swoim czasie. Czasami coś się nie dzieje wtedy kiedy chcielibyśmy żeby się działo, bo to nie jest na to odpowiednia pora. Z jakichś powodów. Teraz nie przychodzi mi do głowy żaden przykład, ale wiem, że tak jest.

No i na koniec ostatnie bardzo ważne odkrycie – nie myśleć za dużo – po pierwsze, po to, żeby nie nakręcać negatywnych myśli, a po drugie po to, żeby nie nakręcać zbyt pozytywnych (bo grożą sporym rozczarowaniem). To ściągnęłam od buddyjskich mnichów, którzy przecież dążą do osiągnięcia nirwany czyli, o ile dobrze to rozumiem, stanu w którym są wolni od myśli, a przez to wolni od cierpienia – gdy się dobrze zastanowić, to myśli powodują cierpienie – nie sytuacje, tylko to jak do nich podejdziemy, jak o nich pomyślimy, jak je ocenimy i ostatecznie jak ta ocena wpłynie na naszą psychikę. No i dlatego warto sobie od czasu do czasu “pomedytować” – biorę to w cudzysłów, bo nie chodzi mi o siedzenie po turecku i wydawanie z siebie różnych ciekawych dźwięków typu “ooommm” – tylko o wyłącznie myśli…hmm.. jak to teraz nazwać – oceniających, analizujących i wydających jakiś osąd, ocenę na podstawie jakiegoś faktu. Na przykład: coś prostego i codziennego typu brzydka pogoda (fakt) – i tego co ona w nas powoduje często: “ch… pogoda, teraz będę się źle czuła, bo jest brzydko i zimno, muszę iść tam i tam, będę w deszczu łazić, zmarznę, będę chora, będę chora w weekend więc nigdzie nie wyjdę, czyli będę siedzieć cały tydzień w domu w tą kijową pogodę” (osąd). Przesadzony przykład, ale dokładnie tak to wygląda w wielu sprawach, tylko nie jesteśmy nawet tych myśli do końca świadomi, bo przemykają bardzo szybko i zostawiają w nas tylko efekt w postaci złego samopoczucia. Rada jest jedna: zauważyć (zła pogoda) i olać. Zająć się czymś, zatopić się w tym. Olać oceniające myśli, od razu przejść do czegoś innego, odwrócić swoją uwagę.

Z drugiej strony, czy nie jest tak, że to kobiety mają większą tendencję do nadinterpretacji wszystkiego i nakręcaniu tej nadinterpretacji? I właśnie dlatego faceci nie potrafią zrozumieć dlaczego kobiety tak często mają tzw. “focha”, a to jest bardzo  proste (my to wiemy). Chodzi tu o (nad)interpretację faktów – ona wkurza się na niego bo jakiś fakt nadinterpretowała – czyli po prostu źle zinterpretowała i nakręciła do granic możliwości (mamy te zdolności) – a on nie ma pojęcia za co i ostatecznie się rozstają bo jego wkurzają jej ciągłe pretensje. Przykład znowu bardzo przesadzony, ale tak to często działa. Oni nie są winni naszych nadinterpretacji, a my tego, że mamy tak zaprogramowane mózgi. I tu kolejna ważna sprawa – dialog, zawsze i wszędzie, z każdym, jestem zdecydowanie zwolenniczką pokojowych rozwiązań.

Ostatnio mam wrażenie, że z wiekiem wcale nie jesteśmy mądrzejsi, tylko głupsi. Rodzimy się naturalnie wykorzystując te “zasady”, o których napisałam – a potem je gubimy, żeby znowu do nich dojść w trudniejszy sposób. Wow, genialnie mądry człowiek XXI wieku. Plus jest taki, że w ogóle ktoś już do tego wszystkiego dotarł i można zaobserwować coś w rodzaju małego “przebudzenia”, ludzie stawiają już nie tylko na rozwój zewnętrzny, ale też wewnętrzny. I mam wrażenie, że to nam będzie coraz bardziej potrzebne, bo nasze psychiki chyba nie do końca są dostosowane do prędkości zmian. Najgorsze jest to, że jest tak dobrze – głupio to brzmi, ale chodzi mi o to, że ludzie od jakiegoś czasu są nastawieni na to żeby czuć się dobrze (i nie oszukujmy się, w epoce wojen, stanów wojennych i w innych średniowieczach tak nie było, a było to całkiem nie dawno) i nie ma w tym nic złego, oprócz tego, że szukają tego dobrego samopoczucia poza sobą. Czyli w jedzeniu, piciu, sławie i innych odpałach – nie mam nic przeciwko, też lubię, ale bywa tak, że odpał się kończy i nie ma bodźców, które by powodowały dobry nastrój, albo nawet są, ale już tak nie działają. Dlatego wydaje mi się, że ważne jest wypracowanie w sobie dobrego samopoczucia bez odpałów i fundowanie sobie ekscytacji raz na jakiś czas, dla odmiany. Ostatecznie ludzie szukają szczęścia i radości gdzieś tam poza sobą, a mam wrażenie, że trudno ją będzie znaleźć jeśli nie znajdzie się tego najpierw w sobie. Ja swoje dobre samopoczucie znajduję w spokoju, tzn. staram się, nie jest to super, hiper proste niestety. Ale praktyka czyni mistrza (wiadomo:). I chyba każdy takie coś w sobie ma, chociaż może mu się wydawać, wręcz może być przekonany, że jest odwrotnie.

Zima – off, Wiosna – on.

To była najdłuższa zima w moim życiu. Właściwie jeszcze się nie skończyła, ale ta wewnętrzna zima powoli odpuszcza. Przestałam tu cokolwiek dodawać bo, jak pisałam w ostatnim poście, to był ciężki okres. Ostatecznie Dziadek postanowił się przenieść do innego świata i chociaż myślałam, że sobie z tą informacją jakoś poradziłam, to trochę różnych zdarzeń spowodowało, że nie było to wszystko takie proste, a wręcz było trudne, ponure i ciężkie. Dlatego zima. Myślałam, że się nie skończy. Ale jakoś poszło. W pewnym momencie nałożyło się trochę negatywnych lub stresujących zdarzeń i chociaż bardzo chciałam jakoś szybko wrócić do normalności to średnio mi się to udawało i po pewnym czasie byłam już totalnie zmęczona, wykończona właściwie. Ostatecznie zdecydowałam, że na jakiś czas muszę się odciąć od negatywnych sytuacji czy ludzi. Nigdzie się nie zaszywałam, wręcz przeciwnie, po prostu odpuściłam na paru płaszczyznach i to była dobra decyzja, tylko spokój nas może uratować. Teraz mam ogromną ochotę sprawiania sobie różnych przyjemności. Kiedyś miałam tendencję, chociaż chyba ciągle trochę mam, do odkładania rzeczy na później, totalnego planowania, przewidywania, analizowania, a teraz – po różnych przemyśleniach do których skłoniły mnie ostatnie wydarzenia – odpuściłam to wszystko. Myślenie też nie jest dobrym pomysłem. Lubię analizować, ale co za dużo to nie zdrowo, tak właściwie to im mniej wiem tym lepiej śpię, a nawet nie chodzi o wiedzę tylko o nadinterpretację faktów i martwienie się swoją nadinterpretacją. Głupie, nie? A przecież wszyscy tak robimy. Okazuje się, że najlepiej się skupić na tym co się ma przed sobą – do zrobienia, do pomyślenia w teraźniejszości. Takie wnioski wyniosłam z tych wszystkich sytuacji. I postanowiłam o tym napisać, bo zachciało mi się znowu coś wrzucić, zrobić jakieś DIY itp. 🙂 Na razie niech to będzie wpis wprowadzający, zobaczymy czy i kiedy uda mi się coś nowego dodać, jak na razie mam przed sobą egzamin z 16 przedmiotów, który też trochę olewam (co mi się zdarza pierwszy raz w życiu :D). Jakaś jestem ostatnio olewcza i jest mi z tym dobrze. Mama stwierdziła, że szkoda mojego zdrowia na negatywy i chyba ma rację. Szkoda czyjegokolwiek zdrowia na negatywy więc witam ponownie, pozdrawiam, pozytywujmy się.

Taki jakby powrót

Nie opuściłam jeszcze tego bloga, ale prawda jest taka, że nie potrafię zorganizować sobie czasu na jakiś wpis. Albo nie. Czas potrafię sobie zorganizować, ale brak mi weny do pisania. A jest o czym pisać. Niech to dzisiaj będzie strumień świadomości  bo nie chce mi się za bardzo tego tekstu poprawiać. Ostatni wpis -19.08 – 2 miesiące. Przez 2 miesiące zdarzyło się tyle rzeczy, że mam wrażenie, że minęło znacznie więcej czasu. Niestety nie były to rzeczy przyjemne więc to był chyba jeden z powodów dla których nic tu nie wrzucałam. Nie lubię potem czytać takich smętów. Kiedyś prowadziłam prawdziwe, kartkowe pamiętniki (to było bardzo dawno temu) i zazwyczaj pisałam wtedy kiedy się nudziłam, albo kiedy działo się coś beznadziejnego i potem czytając to miałam wrażenie, że byłam wiecznie znudzona i niezadowolona, miłe momenty mi gdzieś pouciekały, więc teraz chciałam tego uniknąć. Nie mówię, że teraz jest jakoś super dobrze, ale okazuje się, że jak jest stabilnie to już jest dobrze i tego się trzymajmy. Ale jak już pisałam, nie chcę tu potem wejść i się załamać więc trzeba docenić te pozytywy, które przez te miesiące też miały miejsce.

Największym pozytywem był mega spontaniczny wyjazd w góry. Stwierdziłam, że w tym roku nie byłam w górach i nie mogę tego przeżyć, pogoda była jeszcze super (kolejny wielki pozytyw tej jesieni) więc rzuciłam propozycją, która nie została totalnie odrzucona tak jak się spodziewałam więc to był kolejny plus! Teraz mi się marzy zima w górach i po raz chyba 10 chciałabym jechać w góry na czymś pojeździć. Powtarzam to od tych 10 lat, już się to wszystkim zaczęło nudzić, ale tym razem jest mobilizacja, moja wewnętrzna, chociaż nie wiadomo czy coś z tego wyjdzie to jest jedyna rzecz, jakiej jestem obecnie pewna :D. Aha, a za 3 tyg. idę na studia. Ale fajnie. Na kierunku i uczelni, z którymi nikt normalny by mnie nigdy nie łączył, ale uważam, że to mój najlepszy wybór od lat, ale jak będzie przekonam się za kilka tyg.

Chyba tyle tych przemyśleń na dziś. Muszę sobie jeszcze przypomnieć co ciekawego się działo w ciągu tych miesięcy.

Noo, ale przydałoby się tu wrzucić w końcu jakieś DIY. Więc pod spodem pomysły, które ostatnio rzuciły mi się w oczy.

sunglasses-case

cork-mouse-padsarahhearts

Pomysły DIY – podkładki, doniczki pomalowane farbą tablicową, słoiki, wieszak na biżu

Dzisiaj trochę pomysłów DIY na które się ostatnio natknęłam. Może uda mi się w końcu zasiąść do klejenia i malowania, ale na razie inspiruję się zdjęciami:

1. Pomalowane podkładki pod szklanki – robiłam już filcowo-wąsate, teraz pora na coś takiego, wydają się łatwe do zrobienia więc jest szansa, że za niedługo się za nie zabiorę

Image

2. Doniczek nigdy dość, szczególnie malowanych farbą tablicową – którą chcę w końcu kupić – ale to plan na później:

Image

3. Słoiki – temat już przeze mnie przerabiany, te na górze są pomalowane od wewnątrz i wyglądają naprawdę fajnie, muszę to wypróbować!

Image

4. Wieszak na biżuterię – kiedyś już tu wrzuciłam podobny pomysł, powtarzam się, ale to jedynie oznacza, że ciągle mam go w planie 😛

Image

To tyle jeśli chodzi o pomysły DIY, które ostatnio rzuciły mi się w oczy, pozostaje wrzucić coś swojego, przyjdzie na to czas 🙂

Parę pomysłów DIY

Mało się tu ostatnio działo, ale jutro coś się jutro pojawi i może pojawi się tego nawet więcej:P. Moja obsuwa jest spowodowana głównie tym, że moje słoikowo-doniczkowe DIY nie wyszło tak jak chciałam. Użyłam nieodpowiedniej farby, ale to wszystko opiszę jutro, może to komuś pomoże kiedyś uniknąć takich niemiłych niespodzianek. Poza tym zdjęcia – niech mnie ktoś nauczy jak zrobić dobre zdjęcie, bo jak na razie to dla mnie wiedza tajemna, dlatego też spędzam godziny na obrabianiu tego tak, żeby jakoś wyglądało, ale i tak ostatecznie nie jestem zadowolona. To właściwie mogłaby być notka przemyśleniowa o moim estetycznym nazizmie. Tak to nazywam bo tak to mniej więcej wygląda. Trzeba z tym żyć 🙂 Za to plus tego wszystkiego jest taki, że moja słoikowa porażka zmobilizowała mnie do zrealizowania kilku innych pomysłów, które to właśnie jutro postaram się tu wrzucić. To tyle miałam do przekazania, ale żeby wpis nie był taki pusty wstawiam kilka fajnych, znalezionych w internecie pomysłów DIY: [do zrealizowania w przyszłości]

Image